Okay? Okay. - ekranizacja Gwiazd Naszych Wina




Książkę przeczytałam rok temu. Miałam ku temu jeden powód. Chciałam w końcu się dowiedzieć, czym ludzie się tak podniecają, czemu tak wariują na punkcie tejże książki, dlaczego jest o niej tak głośno wśród blogerów.
Wzięłam do ręki, zaczęłam, czytałam, czytałam, czytałam...i skończyć jej nie chciałam. W środku nocy przerzuciłam ostatnią stronę i stałam się zagorzałą jej fanką. Cudo nad cudami. Nie wiem, w czym jest magia tejże książki. Może to słowa, może Gus, może prawdziwość, może miłość. Nie wiem - chyba wszystko po trochu. Nie wierzyłam, że tę książkę można zekranizować tak, by nic nie popsuć.



W piątek wybrałam się z siostrą do kina, zaopatrzona w dziesiątki chusteczek (plus lody i batony, ale to zniknęło w pierwszych minutach). Zanim jeszcze o filmie, króciutkie słowo o promocji, której nie było. W tv widziałam zwiastun może dwa razy, na mieście ani jednego plakatu (ani w Warszawie, ani tu u siebie), na budynku kina też (a miejsca jest sporo - nadal wisiała Czarownica), w samym kinie plakat jeden, ale dopiero przy samym żarciu (a uwierzcie mi, zanim dojdzie się do żarcia, ścian jest mnóstwo - same plakaty innych filmów). W pewnej chwili pomyślałam, że nawet karteczek nie będzie. Na szczęście były, ale oczywiście nie na widoku. Ejże, taki film, a promocja taka marna. Dla mnie to kompletnie nie zrozumiałe. Ja tu liczyłam na wielkie plakaty, a tu nic. Wychodzi na to, że szczęściem było samo puszczanie filmu w kinie.


Siedzimy obie w niewygodnych fotelach, ale co tam, w końcu jesteśmy na premierze, więc trzeba się cieszyć, że się jest. Razem z nami cieszyło się około piętnaściorga osób, gdy miejsc w tej sali mnóstwo. Czy ludzie naprawdę nie chcieli oglądać tego filmu i to jeszcze podczas premiery? Z jednej strony super, bo nie znoszę tłumu (przynajmniej klimatyzację było czuć), ale z drugiej kiepsko, bo nie można było głośno płakać (a w tłumie ryczących byłoby łatwiej). Lecą oczywiście reklamy, potem zwiastuny, których swoją drogą nie pamiętam, tak byłam najarana szczęściem (a zwiastuny przecież uwielbiam). I film w końcu się zaczął. 

Zaczął się i jak tylko zobaczyłam Hazel, miałam ochotę ryczeć. Potem pojawił się Gus i szeroko się uśmiechnęłam. Tak właśnie to wyglądało: pół filmu się śmiałam, pół ryczałam w zaciszu swojego fotela. I słyszałam, że inni reagują podobnie. Wiecie co, o tym filmie nie da się dużo pisać. On jest po prostu genialny. Idealny. Dokładnie taki, jaki sobie wymarzyłam. Podobne sceny widziałam oczami swojej wyobraźni, podczas czytania. Shailene spisała się na medal i była po prostu Hazel Grace. Ale to, co zrobił Ansel było piękne. Nie sądziłam, że ktoś może kiedykolwiek zagrać Gusa, tak by nie stracił nic ze swojego piękna, naturalności i prawdziwości. Ale Ansel to zrobił. 

Mój boże i to jak. Pierwszy raz poczułam, że ekranizacja spełnia wszystkie moje wymogi. Kompletnie się na niej nie zawiodłam. Piękne, wzruszające sceny, mnóstwo śmiechu, prześwietna muzyka i cudowna sceneria Amsterdamu. I co tu dużo kryć: nie jestem w stanie określić czy lepsza książka czy film. Nawet nie chcę tego określać, bo bardzo dobrze wiem, że książkę przeczytam nie raz i nie dwa jeszcze, a film obejrzę z kilkanaście razy.  

Niesamowita była pierwsza scena Hazel leżącej na trawie. Cudna na spotkaniu grupy wsparcia, gdy Gus nie odrywał wzroku od dziewczyny. Ta z papierosem niezapomniana, tak jak scena na ławce w Amsterdamie, albo w restauracji, czy choćby w kościele, gdzie byli we trójkę. Naprawdę mogłabym wymieniać tak cały czas, aż w końcu wymieniałabym wszystkie sceny, jakie były w tym filmie. Ach i o jeszcze jednej rzeczy miałam wspomnieć. Bardzo, ale to bardzo spodobało mi się umieszczanie sms'ów na ekranie, a "OMG!!! Stop flirting with me" nigdy nie zapomnę. Oj tak o tym filmie nigdy nie zapomnę, mimo iż kosztował mnie wiele łez i emocji. Przynajmniej udało mi się nie płakać na głos, a byłam tego bardzo bliska.

 

Muszę, ale to po prostu muszę wrzucić tu muzykę z filmu. 




A teraz wszyscy do kina. :)

XOXO

3 komentarze:

  1. Ah.. na tym filmie po prostu nie da się nie płakać, wczuwasz się w klimat już od 1 sekundy filmu i śmiejesz się i płaczesz razem z bohaterami. Jestem bardzo zadowolona z tej ekranizacji, i myślę, że bardzo dużo dała ciągła obecność Johna Greene'a na planie, nie pozwolił spartolić swojego dzieła, a cała ekipa filmowa stanęła na wysokości zadania i dała, nam fanom tej przepięknej książki, ekranizację, której nie da się nie pokochać. To było po prostu piękne i idealne. <3
    P.S. Ci którzy mają zamiar wybrać się do kina samochodem (chodzi mi tu o bycie kierowcą) to odradzam, po wyjściu z kina jest się po prostu ciężko skupić na sytuacji na drodze, a jak ma się jeszcze zapłakane oczy to już w ogóle jakaś masakra ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z tego co pamiętam, to szyby nam zaparowały - pewnie dlatego tak źle ci się jechało. :D

      Usuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.