November 9 - Colleen Hoover

Ach, Colleen, co ty ze mną robisz?!

"9 listopada to data, która zaważyła na losach Fallon i Bena. Tego dnia spotkali się przypadkiem i od tej chwili zaczynają tworzyć dwie historie: jedna to ich życie, drugą pisze Ben zauroczony swoją nową muzą [Ben pisze książkę o ich życiu, spotkaniu i znajomości]. Choć los postanawia ich rozdzielić, to wzajemna fascynacja jest na tyle silna, że nie może pokonać jej ani czas, ani odległość. Co roku 9 listopada rozpoczyna kolejny rozdział historii - tej realnej i tej fikcyjnej. Gdy nieubłaganie zbliża się koniec powieści, szczęśliwe zakończenie wydaje się jedynie mrzonką, bo historia na papierze zaczyna różnić się od tej, w którą wierzy Fallon…".
"Kiedy znajdujesz miłość, to ją bierzesz. Chwytasz obiema rękami i robisz co w swojej mocy, żeby jej nie puścić. Nie możesz tak po prostu od niej odejść i oczekiwać, że będzie trwać, dopóki nie będziesz na nią gotowa."
Mając tych naście lat popełnia się masę przeróżnych błędów. Niektórzy robią to nagminnie i nie przejmują się konsekwencjami, a inni muszą - czasem i całe życie - radzić sobie ze skutkami swoich decyzji. Młodość rządzi się swoimi prawami, czyż nie? Obserwowaliście kiedyś swoich znajomych, którzy w młodym wieku zakochiwali się do utratu tchu i nagle przestawali być sobą? Nagle zmieniali swoje upodobania, zainteresowania, sposób bycia, a potem i cele w życiu, a Wy nie wiedzieliście, jak to możliwe? Miłość kochani, miłość. I właśnie takiej miłości chce za wszelką cenę uniknąć Fallon. Dziewczyna wierzy, że jest za młoda (podczas pierwszego spotkania z Benem ma 17 lat) na: a) angażowanie się w związek, b) na zakochiwanie się po uszy i c) poświęcanie siebie dla kogoś innego. Poza tym, uparcie wierzy, że miłość w tak młodym wieku jest jedynie przeszkodą w stawaniu się dorosłym, odpowiedzialnym i spełniającym swoje marzenia człowiekiem. Boi się, że jeśli zaangażuje się w coś stałego, to nigdy do końca nie pozna samej siebie. Dziewczyna wyznaje zasadę: "najpierw 'ja', a potem 'my'". I tak oto zaczyna się pięcioletnia historia Bena i Fallon.
"Nigdy nie będziesz w stanie się odnaleźć, jeśli zatracisz się w kimś innym."
Sięgając po powieści Colleen Hoover zawsze mam tę pewność, że przez tych kilkaset stron będę przeżywać sinusoidę emocji. Z jej książkami jest tak, że najpierw odczuwa się ciekawość, potem radość, następnie niepokój, wzruszenie, znowu radość, potem złość, niecierpliwienie, kolejno poruszenie, szczęście, smutek, gniew, poruszenie i tak w kółko. Chwilami śmiejesz się w głos, by za moment się rozgniewać, a potem poczuć kilka łez na policzku i znów wracasz do uśmiechu od ucha do ucha, a następnie do niespokojnego bicia serducha i wstrzymywania oddechu. A gdy kończysz to brakuje Ci słów i jest Ci jednocześnie źle, bo to już koniec, i dobrze, bo tych kilka ostatnich godzin pozwoliło Ci zapomnieć o całym świecie i własnych problemach. I jest Ci po prostu błogo, bo przeczytałeś jedną z najlepszych książek w ostatnim czasie. I chcesz więcej!
"Jedną z rzeczy, o których zawsze staram się sobie przypominać, jest to, że każdy ma blizny. – mówi. – Wielu z nich ma gorsze ode mnie. Jedyną różnicą jest to, że moje są widoczne, a większości ludzi nie."
Historia Fallon i Bena wciąga, porusza, uzależnia i nie daje spokoju, nawet kilka dni po jej zakończeniu. Ta opowieść o poszukiwaniu własnego "JA", o zdobywaniu kolejnych celów, o niepowodzeniach, o stratach, o wychodzeniu ze swojej bezpiecznej strefy komfortu, o burzeniu murów, o szukaniu szczęścia i poczucia bezpieczeństwa, i w końcu o miłości, jest jak letni deszcz w upalny dzień i jak dodatkowa porcja lodów, czyli orzeźwiająca, przynosząca ukojenie, smaczna i poprawiająca humor. Po takiej lekturze człowiek od razu czuje się lepiej. Te zwroty akcji, te niespodzianki, te tajemnice i ten sekret trzymany przez tyle lat. Ach, emocji w niej co nie miara. To jedna z moich najulubieńszych książek. Zdecydowanie zapamiętam ją do końca życia i będę polecać każdemu.
"Nie możesz jeszcze wyjść. Jeszcze nie skończyłem się w tobie zakochiwać."
Nie będę ukrywać, że mam cholernie wielką słabość do Colleen Hoover. Kocham jej historie, styl pisania, humor i bohaterów od pierwszego wejrzenia, czyli "Pułapki uczuć", która totalnie mnie zauroczyła. Potem pojawiła się świetna "Hopeless" i "Losing Hope" (plus "Szukając Kopciuszka"), które mocno wbiły się w moje serducho, a potem było jeszcze lepiej, bo "Maybe someday" kompletnie mnie zauroczyło, a "Ugly Love" zniszczyło i poskładało na nowo. A teraz? Brakuje mi słów by opisać swoje uczucia względem "November 9". Mam wrażenie, że nie umiem ułożyć wyrazów w zdania by przekazać Wam, jak bardzo ją kocham i nienawidzę, nienawidzę i kocham. Mogłabym wypisywać teraz wszystkie znane mi przymiotniki na cześć i chwałę tej powieści, ale byłaby to kompletna strata - i mojego i Waszego - czasu. Jedyne, co chcę Wam przekazać to to, iż ta książka wciągnie Was w swoje sidła, będzie Was torturować wszelkimi sposobami, a następnie Was wypluje i zostawi samych, byście sami sobie poradzili z tym wielkim kacem i niechęcią sięgnięcia po inne książki. Zazdroszczę wszystkim, którzy będą dopiero poznawać tę historię. Strasznie Wam zazdroszczę.
"Cztery lata zajęło mi by go pokochać. Tylko cztery strony by przestać."
"November 9" porywa od samego początku i nie wypuszcza aż do samego końca. Po pierwszych stronach i poznaniu dwójki genialnych - i świetnie wykreowanych - bohaterów jest już po Tobie (Ben, kocham cię z całego serducha). Wpadasz, wciągasz się i już nie chcesz robić nic innego, jak tylko przerzucać kolejne strony. Odmawiasz sobie nawet dwóch czy trzech godzin dodatkowego snu, bo szkoda Ci czasu. Pędzisz, pędzisz, pędzisz i nie wierzysz, że to jest aż tak dobre, że aż tak Cię wciągnęło. Gdybyście spędzili ze mną ostatnią dobę (pisałam to w ubiegłą sobotę) to non stop byście słuchali moich zachwytów. Dziś wszyscy moi domownicy nie raz i nie dwa słyszeli, jak genialną czytam książkę. Nie mogłam się powstrzymać by im nie mówić. I niech to świadczy o tym, jak bardzo zachwyciłam się tą książką. Mimo tego, że nie raz mocno chwytała mnie za serducho, aż chwilami sprawiało to ból. Uwierzcie mi, chcecie to przeczytać.
"Dlaczego nie powiedziałeś mi, że fundament, na którym nauczyłeś mnie stać, jest zbudowany z ruchomych piasków?"
Gdy pierwszy raz ujrzałam, że "November 9" opowiada zaledwie o 6 dniach (czas akcji rozgrywa się na przełomie 5 lat, ale opisywany jest zawsze tylko i wyłącznie 9 dzień listopada) byłam ciekawa czy spodoba mi się taka koncepcja. I wiecie co? Każde kolejne spotkanie bohaterów przyprawiało mnie o gęsią skórkę i ogromną ciekawość zmian, jakie pozachodziły w ich życiu w przeciągu ostatniego roku. To było niesamowite doświadczenie. Sądziłam, że taki zabieg może mi się nie spodobać, albo może mnie nudzić, a okazało się, że było zupełnie inaczej. Każde pożegnanie bohaterów budziło we mnie mnóstwo emocji i pytań o ich przyszłość, a gdy zaczynał się kolejny 9 listopada byłam ogromnie - chwilami aż boleśnie - ciekawa, co zmieniło się w ich życiu. Zatem wyobraźcie sobie, jak ciężko było mi się kłaść spać z tą myślą, że powrócę do tej historii dopiero za 10 czy 11 godzin.
"Mam nadzieję, że będą cię z ciebie śmiać, Fallon. Jeśli ludzie się z kogoś śmieją, to oznacza, że wystawiasz się na ryzyko bycia wyśmianym. A nie wystarczająco dużo osób ma odwagę, by to zrobić."
Uwielbiam "November 9". Zdecydowanie wskakuje ona na podium najlepszych książek Hoover. Nie wiem czy aby nie na pierwsze. Naprawdę nie spodziewałam się, że jakaś jej powieść może przebić "Ugly Love" i "Maybe Someday", a chyba właśnie się jej to udało. Czy potrzebujecie więcej słów zachęty do poznania tej niesamowitej, wciągającej, wyjątkowej i uzależniającej powieści? Mam nadzieję, że nie, i gdy tylko będziecie mieli okazję to sięgnięcie po tę pozycję. Nie sądzę byście tego żałowali. Nie. Nie ma na to nawet żadnych szans. Zatracicie się w tej opowieści. A jeśli nie, to chyba jest z Wami coś nie tak. ;) 

Autorka: Colleen Hoover / Tytuł oryginału: November 9 / Seria: - /
Wydawca: Otwarte - opis / Data wydania w Polsce: 09.11.2016 / Liczba stron: 336 /
Gatunek: NA

Ach, ogromnie się cieszę, że miałam możliwość przeczytania tej książki. I aż chce się więcej, tym bardziej, że dochodzą mnie słuchy, iż najnowsza książka Hoover 'It ends with us", która została wydana w USA w lato, jest jeszcze lepsza, niż "November 9". Ciężko mi w to uwierzyć, ale jeśli tak, to już bym ją chciała mieć. I to bardzo. Ach, mam nadzieję, że Colleen napisze jeszcze mnóstwo takich opowieści, bo właśnie takich emocji oczekuje się sięgając po kolejne pozycje. Właśnie po to czyta się książki. 

Premiera powieści już 9 listopada. 

1 komentarz:

Obsługiwane przez usługę Blogger.